Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotografia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

 

Nie tu, gdzieś wciąż



Giorgio de Chirico - ulubiony obraz Elwiry

18 LAT TEMU o świcie, po zimnym, mokrym lipcu - odeszła Elwira. 


18 lat to czyjeś całe życie, od narodzin, do dorosłości. 

To policzalny czas – godzin, dni, miesięcy, wszystkich pór roku.

To całe życie, które wtedy wydawało się, że nie może toczyć się dalej - nieprawda. 

Życie po prostu jest, tylko my stąd znikamy. 

Nie wiem jak, nie wiem gdzie, nie wiem w jakiej postaci, ale od pierwszej chwili,

gdy wiem, że już NIE TU, czuję, że GDZIEŚ wciąż Jesteś.


To jedne z wielu słów o mojej tęsknocie


Prognoza na jutro była dobra

na obrazach Chirico ciągle popołudnie

cisza i cień mocno oddzielone od słońca

biegniesz z lewej strony ulicy

kiedy docierasz do muru czujesz chłód

skradasz się do chwili gdy 

wpadamy na siebie i odkrywamy tajemnicę

to już nie twoja melancholia

to tylko mój sen


A to mój portret, który kiedyś namalowałaś








wtorek, 8 października 2019



Autoportret brązowy



Mimo wielkich błędów, tamte obrazy musiały być namalowane.
Wiersze starannie wymyślone, tak by można w nich bezpiecznie przeczekać.
Ciemna strona, zawsze była właściwą stroną księżyca, ale wtedy miałam siedemnaście lat.
Nagle świat Leonory Fini, zmienił się w pokój pełen niepokoju.
Chociaż każdego dnia spotykam ciebie w sobie, nie boję się przyszłości.
Ale umieram, z przerażenia, jak łatwo to wszystko się zapomina.





wtorek, 24 września 2019


Ojciec

ma grube palce dziadka
syna pochował głęboko w sercu
niebieskie oczy oddał córkom
między nimi babie lato
snuje czułą nić
________

Dzisiaj mija trzy lata od Jego śmierci.
Wiele lat temu napisałam te parę słów, i choć tak długo nie wracają z tego spaceru, NIĆ wciąż się snuje.




poniedziałek, 23 września 2019



Pierwszy dzień jesieni




potem już tylko chmury nad głową
pies przy budzie i Bóg w każdym inny
co dzień bardziej gdzieś tam jest życie
z którego nie trzeba się tłumaczyć
nie trzeba też pisać o nim wierszy
wystarczy pozbierać kasztany




czwartek, 1 sierpnia 2019


NIE MA



Przestrzeń nieobecności.
Ponad pięć tysięcy wschodów i zachodów słońca, tyle samo niezjedzonych razem śniadań.
Niezliczona ilość słów, kierowanych nie do Ciebie.
Niekończący się strumień myśli, które mam nadzieję, że słyszysz.
Tęsknota nazywana i przemilczana.
Wzrok zawieszony na modrzewiu, drzewie, które kochałaś mocniej niż wszystkie inne.
Wściekłość, bo nie mogę Ci powiedzieć, że bywam szczęśliwa.
Smutek, że wciąż, tak uporczywie, Cię nie ma.



czwartek, 30 sierpnia 2018



29 sierpnia - wczoraj


Miłość, ta daleka i bliska. Ludzie mówią że poznasz ją po łamaniu chleba, po dłoniach i sercu dość mocnym by zrozumieć, że obroty ziemi rozdają samotność. Zwyczajną, tuż obok, inną w tłumie, i tę niezwykłą, kiedy wciąż słyszę, choć Ciebie już nie ma.

Tata zjadał 100 korali winogron dziennie. Odliczał je z wielką uwagą. Nie sądzę, żeby się kiedyś pomylił, przez wiele lat uczył matematyki, chociaż był historykiem. Mówił, że winogrona są dobre na serce. Lubiłam ten rytuał. Myślę, że nosił w sobie coś więcej niż dbałość o zdrowie. Może to była magiczna chwila, która miała dać o wiele więcej niż dobre ciśnienie i brak migotania przedsionków. Nigdy o to nie pytałam, chociaż widziałam, że coś w tym jest. Ale o takie rzeczy się nie pyta, to byłoby świętokradztwo. Inny obraz. Ojciec obiera z zielonych łupinek orzechy. Wcale nie przejmuje się tym, że z chwili na chwilę jego dłonie stają się coraz ciemniejsze, i nie ma takiej mocy żeby to umyć. Po prostu siedzi sobie, we wrześniowym słońcu, i znowu jest tym samym chłopcem, który jeszcze w szkole obierał włoskie orzechy.
Albo taki kadr. Wchodzi Tata z Orionem, który jest ubrany w jego krawat. Wesoło oznajmia, że nasz pies ma dzisiaj urodziny, nie kupił mu nic w prezencie, więc niech chociaż w ten sposób, ten spacer różni się od innych. Ruszają obaj w stronę lasu. Kurtyna.

Jestem przepełniona wspomnieniami, wdzięczna losowi za takiego Ojca, i smutna, bo wczoraj były już drugie urodziny bez Ciebie.





niedziela, 26 sierpnia 2018



Rosa
z cyklu: prawie nic




Anna pyta, czy piszę jeszcze wiersze. Rzadko.
Czuję się przyłapana jej pytaniem, jakby na gorącym uczynku.
Kieruję uwagę pod powierzchnie skóry – skąd to uczucie, dreszcz zawstydzenia,
zakłopotanie odwraca głowę.
Świt sypie za kołnierz krople chłodu, na horyzoncie koniec lata.
Wszystko urosło, dojrzało, nabrało kształtu, koloru.
Obudź się, pora smakować pożegnanie.

foto: Hanna Chromińska



piątek, 24 sierpnia 2018


w podróży


jesień pachnie różą Rilkiego
miała nadejść wcześniej
zjawia się spóźniona w gęstej mgle
otwiera drogę rosie
słowom w zwojach płatków

odmienia nas przez kolorowy przypadek
leczy z nieukojonej gadatliwości
ale nic i nikogo nie zatrzyma
bo dworce są jak czas
przyjmują i odsyłają podróżnych


foto: Hanna Chromińska






czwartek, 15 marca 2018


Mój ruch


Zwykle gram białymi. Nie żebym miała coś przeciwko czarnym, 
ale to najczęściej kończy się źle. Potem składam ci kolejny raport, krok po kroku, 
w pustce szukam pestek słonecznika, w pestkach zaślinionych modlitw, o deszcz, 
córkę z niebieskimi oczami, atrament do pisania bzdur.

Jestem spokojna. Skoro to nie ja wczoraj umarłam, to znaczy,
że koniec świata znowu był pospolitym błędem w rachunku kłamstw
i podłości Najwyższego wobec maluczkich, pełnych wiary i miłości. 
Młody przyszedł do mnie z pytaniem, gdzie postawić kropkę. Po słowie.

Tak zaistniała przepaść w rozumieniu życia. Zatem co radzisz, twarde lądowanie, 
mocne buty, czy tylko ostre pazury, wbite w ckliwe słowa, których nikt nie przeczyta.
Poezja to przeciskanie Boga przez igielne ucho, aparat do wystukiwania ciszy, 
a może respirator wiary, obłąkańców na bezdechu.





niedziela, 25 lutego 2018

z przyjacielem


rozmowa o pędzącym czasie i pociągu
nie tylko do starych fotografii
z których zniknął kolor zostały cienie
pod oczami ostry makijaż
wyglądam jak dziwka z Mahagonny

zewsząd dochodzi śmiech odbija się
ze ścieżek zdartej płyty
przeskakuje na ścianę Pink Floydów
potem odjazd szaloną lokomotywą
zrobić sobie portret u Witkacego

czytałem wiersze starego poety
znowu obudziły lato i deszcz ale czy są dobre
pytasz zakłopotany - nie mam pojęcia
są jak pocztówki pachnące atramentem
miętówkami i nieograniczonym dostępem
do życia w biało-czarnym kolorze





środa, 3 stycznia 2018



Nowy Rok




Skończył się dzień, tu i teraz, bo na Facebooku życie jest przecież wieczne. Zaraz po obiedzie, zjawiło się na parapecie moje światło.
Poczułam lekkość, radość, zmrużyłam oczy i zobaczyłam te nie namalowane zimowe obrazy. Powietrze ciężkie od planów i zapachu farby. Ramy stają się płynne.
Nie wiem już po której stronie toczy się prawdziwe życie.
Zima tego roku zielona ale w powietrzy czuć zapowiedź chłodu.
Szukam trąbki Marsalisa, bo gdzieś we mnie iskrzy kryształowy dźwięk.
To tylko zimne dłonie szukają ciepła twojego oddechu.



sobota, 4 listopada 2017



Niepogoda


Listopad nie przejmuje się chłodem, tylko patrzeć śniegu. Umarłym już postawione świeczki.
Ciężko z nimi pogadać, gdy tłum obok szumi uściskami, pozdrowieniami, zaproszeniami
na gorący bigos, bo przecież, tutaj na cmentarzu, tak bardzo zimno.
Jak co roku, ostrożnie zapalamy w sobie tamten ból, drży niespokojnym płomieniem,
potem gaśnie. Pamięć o nas też się zagoi, szybciej niż się wydaje.
Póki co, pośród wierszy A. Zagajewskiego znajduję kartkę od Piotra Gustawa:
„w Milanie deszcze tak spokojne, że padają nawet, kiedy świeci słońce”. Poezja.
Uśmiecham się do tej wiadomości, a na policzkach czuję deszcz.



środa, 9 sierpnia 2017


Mistrz Zegar Czas


Wieczność trwała bez końca, konsekwentna w swoim niemijaniu, sekunda za sekundą.
M. L. Kossakowska

Jaki jest związek między trzema tytułowymi słowami? Ogromny.
Być może duszne, sierpniowe popołudnie, to nie najlepsza pora, aby się nad tym zastanowić, 
ale z drugiej strony, nigdy nie ma idealnego momentu na zbędne rozważania.

Pewnego dnia stare meble zostają wyniesione z domu.
Nie, nie całkiem na cmentarzysko, gdzieś niedaleko, tak aby kiedy pomarszczą się już dostatecznie, gdy zjawi się w nich pierwszy kornik, kiedy warstwa kurzu zapisze na nich kawał naszego życia – wtedy będziemy mogli ocalić je od zapomnienia, nadać im nowy blask, pokryć olejami, które obudzą je znowu do życia.

Wtedy zjawił się Mistrz.

Kolorowa postać. Człowiek urodzony o sto lat za późno. 
Gdyby mógł żyć w świecie bez elektryczności, przemieszczać się z punktu A do punktu B powozem, na pewno byłby w „swoim świecie”. 
Mistrz zjawiał się przez szereg dni, zaopatrzony w różne kolorowe słoiczki, butelki, mazidła. Prawdziwy alchemik starych biblioteczek pachnących Panem Tadeuszem wydanym w 1956 roku, czy równie starych kredensów, w których na zawsze zamieszkał zapach ciasta, herbaty i nalewki z malin. Wskrzeszanie to żmudna czynność, wymagająca wielkiej cierpliwości i tu pojawiał się pierwszy dysonans. Mistrz nie był cierpliwy. Wręcz przeciwnie. 
Odnosiło się wrażenie, że nieustannie próbuje uciec w przeszłość, ciągle wykonuje ruchy odwrotne do ruchów wskazówek zegarów, a świat wokół odbiera jak gigantyczne nieporozumienie. 
Rozmowy z nim były ciekawe. Wrażliwość na przyrodę, znajomość ciekawych tematów, pozwalała spędzać z nim czas, w taki sposób, iż nie miało się poczucia straconego czasu.

Wtedy pojawił się Zegar.

Stary, ponad stuletni, ciężki, ścienny zegar. Pochodził z kolekcji Mistrza. 
Jego opowieść o tym, jak próbuje regulować 12 mechanizmów różnych zegarów, aby jednocześnie wskazywały tę samą godzinę, miała w sobie coś z groteskowego obłędu. 
Wiele razy, wyobrażałam go sobie w tej sytuacji, kiedy zbliża się pełna godzina i za chwilę …. 
Jak nad tym zapanować, jak dodać czy ująć jeden milimetr na łańcuszku mechanizmu, aby czas płynął równo na wszystkich tarczach. 
Chyba nigdy się to nie udało, z czego jasno wynika, że czas jak kot – chodzi swoimi drogami. 
Jak powinno się obchodzić z zegarem Mistrz wypisał równym, starannym pismem na kartce w kratkę. Niepisaną regułą było to, że „taki” mechanizm powinien być nakręcany męską ręką. 
Akurat tej reguły nigdy nie przestrzegaliśmy. 
Zegar zawsze nakręcała mama, wspinając się na taborety, stołeczki i inne piramidy, które stały się dla niej niedostępne ledwo kilka lat temu. 
Nasz Zegar żyje pomiędzy nami, odmierza równym tykaniem każde zdarzenie. 
Półniemy świadek, spogląda na nas ze ściany, każdego ranka mówi dzień dobry, dobrej nocy życzy każdemu. Spokojny, miarowy odlicza wieczność bez końca, jakby nie zauważał nawet tego, że wciąż nas ubywa.

Wtedy poczułam Czas.

Zaćmienie słońca z 1999 roku było jak kosmiczna podróż. 
Lekkie podekscytowanie, rozmyślanie o tym, jak to będzie wyglądać. Wyobraźnia wędruje daleko, bardzo daleko i nagle świat naprawdę staje się inny. 
Czuję się postacią ze starej filmowej kliszy. Wszystko ma odcień sepii, jedynie słodki smak, zrywanych na tarasie winogron, podpowiada, że wciąż „tu” jestem. Wokół wielka cisza, tak wielka, że zwraca na siebie uwagę. 
Kurz na ulicy wiruje w zwolnionym tempie – zanim opadnie, wrócimy do siebie, zanim opadnie poznamy niejedną galaktykę, nie widząc jej wcale, dotrzemy do myśli o tej chwili, „kiedy nas już nie będzie” i….. nagle kurtyna opada.
Chodźcie na obiad – głos mamy - ocalenie, najcudowniejsza ratunkowa lina, po której można wrócić do rzeczywistości. Kiście winogron znowu są zielone, płatki nagietki smakują gorzko i pomarańczowo, tak samo jak tamten, prawie już zapomniany, sen o Bożym Narodzeniu w upalny dzień.
Wszystko dzieje się nieustannie, nieustannie przemijamy, mechanizmy naszych zegarów tykają aż do końca. Spotykamy się, zapominamy się, jesteśmy, odchodzimy, dotykamy i nie dotykamy Zegara.


Dobra – niech będzie, za oknem znowu ponad 30, i możliwe, że trochę przegrzałam procesor :)





wtorek, 1 sierpnia 2017



Pierwszy sierpnia - kolejnego roku


„Patrzę w lustrze na moją twarz, żeby dowiedzieć się, kim jestem, żeby dowiedzieć się, jak się zachowam za kilka godzin, kiedy stanie przed moimi oczami kres. Moje ciało może się bać; ja -nie.”
J.L.Borges

_________

Wiersze czytane z Tobą, wciąż są z nami.
Tropek ma tęczowe oczy, w marcu, przez nasz pokój, lecą z krzykiem dzikie gęsi.
Gdzieś tam, za horyzontem, palą się mandarynki i kwitną migdały.

Obrazy oglądane z Tobą, wciąż tętnią w nas swoim życiem.
Jabłka od Cezanne’a  smakują coraz bardziej.
Ziarna słoneczników, szalonego Holendra, sypia się pod nogi Twoich pierrotów,
A, dziewczynka od Chirico, kolejny raz obraca koło wszystkich zdarzeń.

Muzyka słuchana z Tobą, wciąż brzmi ciszą tamtego lata.

_________

„Później pomyślałem, że wszystkie rzeczy zdarzają się każdemu teraz, dokładnie teraz. Mijają wieki, a tylko w teraźniejszości dokonują się fakty; niezliczeni ludzie w powietrzu, na ziemi i na morzu, a to co rzeczywiście się zdarza, zdarza się właśnie mnie...”

J.L.Borges





poniedziałek, 31 lipca 2017



Kartka z kalendarza


Ostatni dzień lipca, 2017 roku -trzynaście lat po końcu "naszego świata".

Zawsze wszyscy mówili o nas - dziewczyny, nawet kiedy pesel już mocno temu przeczył.
Wszystko wciąż tak namacalnie pamiętam.
Każdy gest, słowo, elementy otoczenia, i te wszystkie galopujące, apokaliptyczne myśli,

Bardzo tęsknię, chyba z wiekiem bardziej.
Czas zasklepił ranę, ale z Nieobecnością układam się nieustannie.
Niby wszystko w porządku, bo życie płynie, tak prawdziwie z nurtem, że zabrało też już Tatę, niby wszystko w porządku. Dojrzewamy, dorastamy do kolejnych etapów, wszystko już rozumiemy, wszystko zapisane w kolejnych zmarszczkach, wierszach, rozmowach z drzewami, rzeką i przyjaciółmi. Przemijamy, wraz z pamięcią o tych, którzy przeminęli.

1 sierpnia, zanim stał się datą śmierci Elwiry, od zawsze był nazywany, pamiętany,
mówiony słowami Baczyńskiego.
Jak można pisać tak pięknie, gdy jest się tak młodym?
Widocznie można, kiedy nie ma się czasu na długie życie, kiedy nie będzie mądrej starości, pomarszczonej skóry, wyblakłych, a przecież kiedyś pięknych, oczu.

Dzisiaj w wigilię Powstania, widzę generała Rylskiego podtrzymywanego przez młodych, sam już nie ma siły stać. Wzrusza mnie to, bo chyba ONI, ludzie tamtego czasu, chyba już tylko ONI mają w sobie tę moc, która każe im stać, gdy oddają hołd tym, którzy odeszli, gdy mówią do ludzi. Jest w tym wielki Szacunek dla Człowieka.
Tak, zawsze jest ten dzień, który poprzedza koniec czyjegoś świata.

Nieznośny upał, a wieczorami zapach maciejki.
cdn.






piątek, 23 czerwca 2017


23 czerwca 2017


Zawsze na Dzień Ojca szukałam jakiejś dobrej, najlepiej historycznej, książki.
Dzisiaj, czytam tych kilka wierszy, które napisałam z myślą o Tacie.
Był mądrym, opiekuńczym i do końca oddanym Ojcem. Jestem pewna, że tam gdzieś, między wierszami Wszechświata spaceruje z tymi, których kochał, i ze swoimi psami, którym stwarzał, nawet już tu na ziemi, prawdziwy raj. A może jedzie rowerem i cieszy się, że w chmurach też są Diamenty...




ojciec

ma grube palce dziadka
głęboko w sercu pochował syna
a niebieskie oczy oddał córkom
pomiędzy nimi babie lato
snuje cichą czułą nić


pożegnanie

przyniosłeś mi butelkę atramentu
podałeś wieczne pióro i życie do napisania
uczyłeś dodawać smutek do radości
tak by tej ostatniej zawsze było więcej
zbierałeś orzechy w ogrodzie
karmiłeś nasze psy koty i naszą wiarę
że wszystko będzie dobrze
nawet wtedy gdy nas już nie będzie
mówiłeś że taka kolej rzeczy
układając w znak krzyża kasztany
na znak pokoju między niebem a ziemią






czwartek, 26 stycznia 2017


na marginesie


W dziwnych czasach żyjemy. Nic się nie dzieje, a upadają wieże.
Wszystko zwyczajne, a morze ludzi zalewa lądy,
jest normalnie, tylko przy kawiarnianych stolikach wybuchają bomby.

Wojny zbierają żniwo, ale zapach krwi do nas nie dociera,
jedynie wściekłość tych, co pracują bez miary, a wciąż są głodni,
bo nic nie zmienia się w sprawiedliwość o której bredzą szaleńcy.

Apokalipsa dzieje się w naszych głowach.

Nie wiemy jak odróżnić drzewo prawdy od drzewa z Instagramu.
Zalajkowany na śmierć Bóg, zlikwidował swój profil i zamilkł,
jak dzieciak z Aleppo.



wtorek, 1 listopada 2016


pożegnania


przyniosłeś mi butelkę atramentu
podałeś wieczne pióro i życie do napisania
uczyłeś dodawać smutek do radości
tak by tej ostatniej zawsze było więcej
zbierałeś orzechy w ogrodzie
karmiłeś nasze psy koty i nasza wiarę
że wszystko będzie dobrze
nawet wtedy gdy nas już nie będzie
mówiłeś że taka kolej rzeczy
układając w znak krzyża kasztany
na znak pokoju między niebem a ziemią



niedziela, 31 lipca 2016


1 sierpnia kolejnego roku


Zanosi się na deszcz. Duszno.
Pełnia lata, a od kilku dni już „niepokojące” sygnały, ptaki ustalają trasy odlotu.
Czynią hałas w chmurach, powodują odrobinę żalu, że już za chwilę, że znowu jesień. Ale jeszcze nie dzisiaj. Nasłuchuję świerszczy – cisza.
Czytam K.K.Baczyńskiego:

O mój ty smutku cichy

O mój ty smutku cichy,
smutku gwiazdek maleńkich,
nazywałem, szukałem,
brałem ciebie do ręki.
Jak to się ciało twarde
tak w piasek albo glinę
zamienia w moich dłoniach,
pragnienie każde - w winę.
Jak to się - kiedy dotknę
kwiat przeobraża w ciemność,
a poszum drzew w głuchotę,
a chmury - w grzmot nade mną.
Jak to ja nieobaczny
mijam, sam sobie błahy,
i rzeźbę zanim zacznę,
marmur wypełniam strachem.
Jak to ja nasłuchuję
błyskawic w niebie trwogi.
Jakże to ja nazywam
każde czynienie - Bogiem?
Otom strzęp oderwany
od drzewa wielkich pogód,
sam swym oczom nie znany,
obcy swojemu Bogu.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.

Rocznica Powstania. Tyle wrzawy wokół tej daty, a ja uparcie wracam do poezji, do życia tych, którzy odeszli zbyt wcześnie. Patrzę na nielicznych już Powstańców i jest mi po ludzku smutno, że dane im było dożyć takiego czasu, że muszą dzielić wielkość swoich historii z ludzką pychą i małością.

___________

Jutro też minie kolejny rok mojej samotności po odejściu Elwiry. Wiele lat temu napisałam taki tekst:

Z listu do ciebie pewnej nocy, któregoś roku

spójrz,

całe miasto zbudowane z ciszy, a ja nawet nie zauważyłam, kiedy zboża tak wyrosły, nie pamiętam kiedy ojciec przestał uczyć mnie jazdy na rowerze.
mówi, że dobrze mi szło - ciekawe czy myśli, że to była strata czasu i mówi, że tobie też nieźle szło.

moje myśli są drogą do lasu. lepię się palcami do dzieciństwa, do czerwonego lizaka na dzień dziecka – był ogromny i kosztował pięć złotych. to dużo, bo to było dawno. dawno temu byłam dzieckiem - dziećmi jesteśmy zawsze tylko matkami się stajemy....

i spójrz całe miasto zbudowane z samotności,

wieczoru na tarasie, spaceru wzdłuż zapachu ogrodu i drogi, co między gwiazdami prowadzi wprost na łąkę. samotność dymu z papierosa, samotność milczących ust.

przykro mi, że ciągle cię nie ma,

czekam kiedy znów, a ktoś powiedział, że już byłaś. no, przecież każdy jest - nawet jeśli już był, prawda? drzewa spuchły zielenią, bardziej się nie da. pachną obietnicą, oczekiwaniem na kasztany, na jarzębinę, na jesień ale jeszcze daleko do jesieni - zaraz zakwitnie jaśmin i dzika róża.

wielkie fantazje zdarzają się tak zwyczajnie...trzej panowie w cylindrach i starym samochodzie na naszej ulicy - przy dźwiękach fokstrota budzą szczery zachwyt i radość. dzieci porzuciły rowery, biegły za autem, odjechało - przecież było z ubiegłego wieku. to nie sen, to było wczoraj - możesz zapytać a i b i nawet c opowiedziałam o tym.

wiatr trzeba wykorzystać do wysokich lotów, do rozwinięcia skrzydeł od nieba stąd, do twojego nieba.   wiatru najwięcej jest w latawcach. nad wielkim jeziorem, mała dziewczynka myśli, że jej też zaraz wyrosną u ramion latawce i poleci tak wysoko, jak jeszcze nikt i nigdy.

czasami wydaje mi się, że ciągle mamy wspólne skrzydła. wiem – to nieprawda. moje są moje  - a twoje należą do anioła stróża, też mojego - to ważne, żeby był w pobliżu.

___________


Nie trzeba stu lat samotności, żeby tęsknić tak samo każdego dnia. 
Kupię Twoją whisky, zapalę papierosa, posłucham I will always love you, uśmiechnę się do Ciebie J, pamiętam, nie znosiłaś mazgajstwa. 



sobota, 18 czerwca 2016


Elipsa
astronom pisze równanie
księżycowej nocy
wzór na doświadczanie
by życie mogło działać
niezawodnie
a ja znajduję nad ranem
na poduszce pytanie
czy jabłko Newtona
równa się
jabłku Cezanne'a

W czerwcu wracam do mojego Macondo.
Do topolowej alei, szumiała jak skrzydła ptaków.
Do radosnego gwaru sportowych zabaw dla dorosłych i dzieci, do smaku truskawek, potem wiśni,
do bułek z serem, do  sera ze śmietaną, posypanego grubo cukrem.
Do jaśminu, zapachów czerwcowej nocy, którą słusznie nazywają królową.
Tam, między tym co było i jest, wciąż rozciąga się przestrzeń na marzenia, sny, na szczęście, które zjawia się i znika w jabłkach Newtona i Cezanne’a.