Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowe. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 października 2019
Autoportret brązowy
Mimo wielkich błędów, tamte obrazy musiały być namalowane.
Wiersze starannie wymyślone, tak by można w nich bezpiecznie przeczekać.
Ciemna strona, zawsze była właściwą stroną księżyca, ale wtedy miałam siedemnaście lat.
Nagle świat Leonory Fini, zmienił się w pokój pełen niepokoju.
Chociaż każdego dnia spotykam ciebie w sobie, nie boję się przyszłości.
Ale umieram, z przerażenia, jak łatwo to wszystko się zapomina.
wtorek, 24 września 2019
Ojciec
ma grube palce dziadka
syna pochował głęboko w sercu
niebieskie oczy oddał córkom
między nimi babie lato
snuje czułą nić
________
Dzisiaj mija trzy lata od Jego śmierci.
Wiele lat temu napisałam te parę słów, i choć tak długo nie wracają z tego spaceru, NIĆ wciąż się snuje.
poniedziałek, 23 września 2019
Pierwszy dzień jesieni
potem już tylko chmury nad głową
pies przy budzie i Bóg w każdym inny
co dzień bardziej gdzieś tam jest
życie
z którego nie trzeba się tłumaczyć
nie trzeba też pisać o nim wierszy
wystarczy pozbierać kasztany
wtorek, 17 września 2019
Wrzesień
Nie ma sensu
pisać długich wierszy,
czasami są
trudne do przetrwania jak grypa.
O dzieciństwie,
dziurze w swetrze, na łokciu,
psach śpiących,
na zawsze, w naszych ogrodach.
Spoconych
dłoniach, na widok bez widoków,
miętowych
cukierkach, z babcinej szafy.
Mówione było -
siódme nie kradnij, zielone można,
jak koniczynę,
potrzebną do szczęścia.
Oj, brednie i nie
widać końca bredni,
słodkich jak
zapach suszonych grzybów.
Chodź spać,
jesień idzie.
czwartek, 1 sierpnia 2019
NIE MA
Przestrzeń nieobecności.
Ponad pięć tysięcy wschodów i
zachodów słońca, tyle samo niezjedzonych razem śniadań.
Niezliczona ilość słów,
kierowanych nie do Ciebie.
Niekończący się strumień myśli,
które mam nadzieję, że słyszysz.
Tęsknota nazywana i przemilczana.
Wzrok zawieszony na modrzewiu, drzewie,
które kochałaś mocniej niż wszystkie inne.
Wściekłość, bo nie mogę Ci powiedzieć, że bywam szczęśliwa.
Smutek, że wciąż, tak uporczywie, Cię nie ma.
czwartek, 30 sierpnia 2018
29 sierpnia - wczoraj
Miłość, ta daleka i bliska. Ludzie
mówią że poznasz ją po łamaniu chleba, po dłoniach i sercu dość
mocnym by zrozumieć, że obroty ziemi rozdają samotność.
Zwyczajną, tuż obok, inną w tłumie, i tę niezwykłą, kiedy
wciąż słyszę, choć Ciebie już nie ma.
Tata zjadał 100 korali winogron
dziennie. Odliczał je z wielką uwagą. Nie sądzę, żeby się
kiedyś pomylił, przez wiele lat uczył matematyki, chociaż był
historykiem. Mówił, że winogrona są dobre na serce. Lubiłam ten
rytuał. Myślę, że nosił w sobie coś więcej niż dbałość o
zdrowie. Może to była magiczna chwila, która miała dać o wiele
więcej niż dobre ciśnienie i brak migotania przedsionków. Nigdy o
to nie pytałam, chociaż widziałam, że coś w tym jest. Ale o
takie rzeczy się nie pyta, to byłoby świętokradztwo. Inny obraz.
Ojciec obiera z zielonych łupinek orzechy. Wcale nie przejmuje się
tym, że z chwili na chwilę jego dłonie stają się coraz
ciemniejsze, i nie ma takiej mocy żeby to umyć. Po prostu siedzi
sobie, we wrześniowym słońcu, i znowu jest tym samym chłopcem,
który jeszcze w szkole obierał włoskie orzechy.
Albo taki kadr. Wchodzi Tata z Orionem,
który jest ubrany w jego krawat. Wesoło oznajmia, że nasz pies ma
dzisiaj urodziny, nie kupił mu nic w prezencie, więc niech chociaż
w ten sposób, ten spacer różni się od innych. Ruszają obaj w
stronę lasu. Kurtyna.
Jestem przepełniona wspomnieniami,
wdzięczna losowi za takiego Ojca, i smutna, bo wczoraj były już
drugie urodziny bez Ciebie.
niedziela, 26 sierpnia 2018
Rosa
z cyklu: prawie nic
Anna pyta, czy piszę jeszcze wiersze.
Rzadko.
Czuję się przyłapana jej pytaniem,
jakby na gorącym uczynku.
Kieruję uwagę pod powierzchnie skóry
– skąd to uczucie, dreszcz zawstydzenia,
zakłopotanie odwraca głowę.
Świt sypie za kołnierz krople chłodu,
na horyzoncie koniec lata.
Wszystko urosło, dojrzało, nabrało
kształtu, koloru.
Obudź się, pora smakować pożegnanie.
foto: Hanna Chromińska
piątek, 24 sierpnia 2018
w podróży
jesień pachnie różą Rilkiego
miała nadejść wcześniej
zjawia się spóźniona w gęstej mgle
otwiera drogę rosie
słowom w zwojach płatków
odmienia nas przez kolorowy przypadek
leczy z nieukojonej gadatliwości
ale nic i nikogo nie zatrzyma
bo dworce są jak czas
przyjmują i odsyłają podróżnych
foto: Hanna Chromińska
czwartek, 15 marca 2018
Mój ruch
Zwykle gram białymi. Nie żebym miała coś przeciwko czarnym,
ale
to najczęściej kończy się źle. Potem składam ci kolejny raport, krok
po kroku,
w pustce szukam pestek słonecznika, w pestkach zaślinionych modlitw, o
deszcz,
córkę z niebieskimi oczami, atrament
do pisania bzdur.
Jestem
spokojna. Skoro to nie ja wczoraj umarłam, to znaczy,
że
koniec świata znowu był pospolitym błędem w rachunku kłamstw
i
podłości Najwyższego wobec maluczkich, pełnych wiary i miłości.
Młody przyszedł
do mnie z pytaniem, gdzie postawić kropkę. Po
słowie.
Tak
zaistniała przepaść w rozumieniu życia. Zatem co radzisz, twarde lądowanie,
mocne buty, czy tylko ostre pazury, wbite w ckliwe słowa, których nikt nie przeczyta.
Poezja
to przeciskanie Boga przez igielne ucho, aparat do wystukiwania ciszy,
a może
respirator wiary, obłąkańców na bezdechu.
niedziela, 25 lutego 2018
z przyjacielem
rozmowa o pędzącym czasie i pociągu
nie tylko do starych fotografii
z których zniknął kolor zostały cienie
pod oczami ostry makijaż
wyglądam jak dziwka z Mahagonny
zewsząd dochodzi śmiech odbija się
ze ścieżek zdartej płyty
przeskakuje na ścianę Pink Floydów
potem odjazd szaloną lokomotywą
zrobić sobie portret u Witkacego
czytałem wiersze starego poety
znowu obudziły lato i deszcz ale czy są dobre
pytasz zakłopotany - nie mam pojęcia
są jak pocztówki pachnące atramentem
miętówkami i nieograniczonym dostępem
do życia w biało-czarnym kolorze
środa, 3 stycznia 2018
Nowy Rok
Skończył się dzień, tu i teraz, bo na Facebooku życie jest
przecież wieczne. Zaraz po obiedzie, zjawiło się na parapecie
moje światło.
Poczułam lekkość, radość, zmrużyłam oczy i zobaczyłam te nie
namalowane zimowe obrazy. Powietrze ciężkie od planów i zapachu farby. Ramy stają się
płynne.
Nie wiem już po której stronie toczy się prawdziwe życie.
Zima tego roku zielona ale w powietrzy czuć zapowiedź
chłodu.
Szukam trąbki Marsalisa, bo gdzieś we mnie iskrzy kryształowy
dźwięk.
To tylko zimne dłonie szukają ciepła twojego oddechu.
sobota, 4 listopada 2017
Niepogoda
Listopad nie przejmuje się chłodem, tylko patrzeć śniegu. Umarłym już postawione świeczki.
Ciężko z nimi pogadać, gdy tłum obok szumi uściskami, pozdrowieniami, zaproszeniami
na gorący bigos, bo przecież, tutaj na cmentarzu, tak
bardzo zimno.
Jak co roku, ostrożnie zapalamy w sobie tamten ból, drży
niespokojnym płomieniem,
potem gaśnie. Pamięć o nas też się zagoi, szybciej niż się wydaje.
Póki co, pośród wierszy A. Zagajewskiego znajduję
kartkę od Piotra Gustawa:
„w Milanie deszcze tak spokojne, że padają nawet, kiedy świeci
słońce”. Poezja.
Uśmiecham się do tej wiadomości, a na policzkach czuję deszcz.
środa, 9 sierpnia 2017
Mistrz Zegar Czas
Wieczność trwała bez końca, konsekwentna w swoim
niemijaniu, sekunda za sekundą.
M. L. Kossakowska
Jaki jest związek między trzema tytułowymi słowami? Ogromny.
Być może duszne, sierpniowe popołudnie, to nie najlepsza
pora, aby się nad tym zastanowić,
ale z drugiej strony, nigdy nie ma idealnego
momentu na zbędne rozważania.
Pewnego dnia stare meble zostają
wyniesione z domu.
Nie, nie całkiem na cmentarzysko, gdzieś niedaleko, tak
aby kiedy pomarszczą się już dostatecznie, gdy zjawi się w nich pierwszy
kornik, kiedy warstwa kurzu zapisze na nich kawał naszego życia – wtedy
będziemy mogli ocalić je od zapomnienia, nadać im nowy blask, pokryć olejami,
które obudzą je znowu do życia.
Wtedy zjawił się Mistrz.
Kolorowa postać. Człowiek urodzony o sto lat za późno.
Gdyby
mógł żyć w świecie bez elektryczności, przemieszczać się z punktu A do punktu B
powozem, na pewno byłby w „swoim świecie”.
Mistrz zjawiał się przez szereg dni,
zaopatrzony w różne kolorowe słoiczki, butelki, mazidła. Prawdziwy alchemik
starych biblioteczek pachnących Panem Tadeuszem wydanym w 1956 roku, czy równie
starych kredensów, w których na zawsze zamieszkał zapach ciasta, herbaty i
nalewki z malin. Wskrzeszanie to żmudna czynność, wymagająca wielkiej
cierpliwości i tu pojawiał się pierwszy dysonans. Mistrz nie był cierpliwy.
Wręcz przeciwnie.
Odnosiło się wrażenie, że nieustannie próbuje uciec w
przeszłość, ciągle wykonuje ruchy odwrotne do ruchów wskazówek zegarów, a świat
wokół odbiera jak gigantyczne nieporozumienie.
Rozmowy z nim były ciekawe.
Wrażliwość na przyrodę, znajomość ciekawych tematów, pozwalała spędzać z nim
czas, w taki sposób, iż nie miało się poczucia straconego czasu.
Wtedy pojawił się Zegar.
Stary, ponad stuletni, ciężki, ścienny zegar. Pochodził z
kolekcji Mistrza.
Jego opowieść o tym, jak próbuje regulować 12 mechanizmów
różnych zegarów, aby jednocześnie wskazywały tę samą godzinę, miała w sobie coś
z groteskowego obłędu.
Wiele razy, wyobrażałam go sobie w tej sytuacji, kiedy
zbliża się pełna godzina i za chwilę ….
Jak nad tym zapanować, jak dodać czy
ująć jeden milimetr na łańcuszku mechanizmu, aby czas płynął równo na
wszystkich tarczach.
Chyba nigdy się to nie udało, z czego jasno wynika, że
czas jak kot – chodzi swoimi drogami.
Jak powinno się obchodzić z zegarem
Mistrz wypisał równym, starannym pismem na kartce w kratkę. Niepisaną regułą
było to, że „taki” mechanizm powinien być nakręcany męską ręką.
Akurat tej
reguły nigdy nie przestrzegaliśmy.
Zegar zawsze nakręcała mama, wspinając się
na taborety, stołeczki i inne piramidy, które stały się dla niej niedostępne ledwo
kilka lat temu.
Nasz Zegar żyje pomiędzy nami, odmierza równym tykaniem każde
zdarzenie.
Półniemy świadek, spogląda na nas ze ściany, każdego ranka mówi
dzień dobry, dobrej nocy życzy każdemu. Spokojny, miarowy odlicza wieczność bez
końca, jakby nie zauważał nawet tego, że wciąż nas ubywa.
Wtedy poczułam Czas.
Zaćmienie słońca z 1999 roku było jak kosmiczna podróż.
Lekkie podekscytowanie, rozmyślanie o tym, jak to będzie wyglądać. Wyobraźnia wędruje
daleko, bardzo daleko i nagle świat naprawdę staje się inny.
Czuję się postacią
ze starej filmowej kliszy. Wszystko ma odcień sepii, jedynie słodki smak, zrywanych
na tarasie winogron, podpowiada, że wciąż „tu” jestem. Wokół wielka cisza, tak
wielka, że zwraca na siebie uwagę.
Kurz na ulicy wiruje w zwolnionym tempie –
zanim opadnie, wrócimy do siebie, zanim opadnie poznamy niejedną galaktykę, nie
widząc jej wcale, dotrzemy do myśli o tej chwili, „kiedy nas już nie będzie” i…..
nagle kurtyna opada.
Chodźcie na obiad – głos mamy - ocalenie, najcudowniejsza
ratunkowa lina, po której można wrócić do rzeczywistości. Kiście winogron znowu
są zielone, płatki nagietki smakują gorzko i pomarańczowo, tak samo jak tamten,
prawie już zapomniany, sen o Bożym Narodzeniu w upalny dzień.
Wszystko dzieje się nieustannie, nieustannie przemijamy,
mechanizmy naszych zegarów tykają aż do końca. Spotykamy się, zapominamy się,
jesteśmy, odchodzimy, dotykamy i nie dotykamy Zegara.
Dobra – niech będzie, za oknem znowu ponad 30, i możliwe,
że trochę przegrzałam procesor :)
wtorek, 1 sierpnia 2017
Pierwszy sierpnia - kolejnego roku
„Patrzę w lustrze na moją twarz, żeby dowiedzieć się, kim
jestem, żeby dowiedzieć się, jak się zachowam za kilka godzin, kiedy stanie
przed moimi oczami kres. Moje ciało może się bać; ja -nie.”
J.L.Borges
_________
Wiersze czytane
z Tobą, wciąż są z nami.
Tropek ma
tęczowe oczy, w marcu, przez nasz pokój, lecą z krzykiem dzikie gęsi.
Gdzieś tam, za
horyzontem, palą się mandarynki i kwitną migdały.
Obrazy oglądane
z Tobą, wciąż tętnią w nas swoim życiem.
Jabłka od Cezanne’a
smakują coraz bardziej.
Ziarna
słoneczników, szalonego Holendra, sypia się pod nogi Twoich pierrotów,
A, dziewczynka
od Chirico, kolejny raz obraca koło wszystkich zdarzeń.
Muzyka słuchana
z Tobą, wciąż brzmi ciszą tamtego lata.
_________
„Później pomyślałem, że wszystkie rzeczy zdarzają się
każdemu teraz, dokładnie teraz. Mijają wieki, a tylko w teraźniejszości dokonują
się fakty; niezliczeni ludzie w powietrzu, na ziemi i na morzu, a to co
rzeczywiście się zdarza, zdarza się właśnie mnie...”
J.L.Borges
poniedziałek, 31 lipca 2017
Kartka z kalendarza
Ostatni dzień lipca, 2017 roku -trzynaście lat po końcu "naszego świata".
Zawsze wszyscy mówili o nas - dziewczyny, nawet kiedy pesel już mocno temu przeczył.
Wszystko wciąż tak namacalnie pamiętam.
Każdy gest, słowo, elementy otoczenia, i te wszystkie galopujące, apokaliptyczne myśli,
Bardzo tęsknię, chyba z wiekiem bardziej.
Czas zasklepił ranę, ale z Nieobecnością układam się nieustannie.
Niby wszystko w porządku, bo życie płynie, tak prawdziwie z nurtem, że zabrało też już Tatę, niby wszystko w porządku. Dojrzewamy, dorastamy do kolejnych etapów, wszystko już rozumiemy, wszystko zapisane w kolejnych zmarszczkach, wierszach, rozmowach z drzewami, rzeką i przyjaciółmi. Przemijamy, wraz z pamięcią o tych, którzy przeminęli.
1 sierpnia, zanim stał się datą śmierci Elwiry, od zawsze był nazywany, pamiętany,
mówiony słowami Baczyńskiego.
Jak można pisać tak pięknie, gdy jest się tak młodym?
Widocznie można, kiedy nie ma się czasu na długie życie, kiedy nie będzie mądrej starości, pomarszczonej skóry, wyblakłych, a przecież kiedyś pięknych, oczu.
Dzisiaj w wigilię Powstania, widzę generała Rylskiego podtrzymywanego przez młodych, sam już nie ma siły stać. Wzrusza mnie to, bo chyba ONI, ludzie tamtego czasu, chyba już tylko ONI mają w sobie tę moc, która każe im stać, gdy oddają hołd tym, którzy odeszli, gdy mówią do ludzi. Jest w tym wielki Szacunek dla Człowieka.
Tak, zawsze jest ten dzień, który poprzedza koniec czyjegoś świata.
Nieznośny upał, a wieczorami zapach maciejki.
cdn.
piątek, 23 czerwca 2017
23 czerwca 2017
Zawsze na Dzień Ojca szukałam jakiejś dobrej, najlepiej historycznej, książki.
Dzisiaj, czytam tych kilka wierszy, które napisałam z myślą o Tacie.
Był mądrym, opiekuńczym i do końca oddanym Ojcem. Jestem pewna, że tam gdzieś, między wierszami Wszechświata spaceruje z tymi, których kochał, i ze swoimi psami, którym stwarzał, nawet już tu na ziemi, prawdziwy raj. A może jedzie rowerem i cieszy się, że w chmurach też są Diamenty...
ojciec
ma grube palce dziadka
głęboko w sercu pochował syna
a niebieskie oczy oddał córkom
pomiędzy nimi babie lato
snuje cichą czułą nić
pożegnanie
przyniosłeś mi butelkę atramentu
podałeś wieczne pióro i życie do napisania
uczyłeś dodawać smutek do radości
tak by tej ostatniej zawsze było więcej
zbierałeś orzechy w ogrodzie
karmiłeś nasze psy koty i naszą wiarę
że wszystko będzie dobrze
nawet wtedy gdy nas już nie będzie
mówiłeś że taka kolej rzeczy
układając w znak krzyża kasztany
na znak pokoju między niebem a ziemią
czwartek, 1 czerwca 2017
Ps. do wpisu na Dzień Matki
spóźniony portret
Mamie...
trzeba ją było malować za młodu
teraz ma ruchy matki
a jej skóra szeleści wypalona czasem
z każdą chwilą staje się mniejsza
żeby całkiem nie zgubić się w sobie
pilnuje księżycowej mapy
zaznacza na niej dni dobre do życia
wciąż lubi gruszki tylko
czy jeszcze o tym pamięta
czwartek, 26 stycznia 2017
na marginesie
W dziwnych czasach żyjemy. Nic się nie dzieje, a upadają
wieże.
Wszystko zwyczajne, a morze ludzi zalewa lądy,
jest normalnie, tylko przy kawiarnianych stolikach wybuchają
bomby.
Wojny zbierają żniwo, ale zapach krwi do nas nie dociera,
jedynie wściekłość tych, co pracują bez miary, a wciąż są
głodni,
bo nic nie zmienia się w sprawiedliwość o której bredzą
szaleńcy.
Apokalipsa dzieje się w naszych głowach.
Nie wiemy jak odróżnić drzewo prawdy od drzewa z Instagramu.
Zalajkowany na śmierć Bóg, zlikwidował swój profil i zamilkł,
jak dzieciak z Aleppo.
wtorek, 1 listopada 2016
pożegnania
przyniosłeś mi butelkę
atramentu
podałeś wieczne pióro i
życie do napisania
uczyłeś dodawać smutek do
radości
tak by tej ostatniej
zawsze było więcej
zbierałeś orzechy w
ogrodzie
karmiłeś nasze psy koty i
nasza wiarę
że wszystko będzie dobrze
nawet wtedy gdy nas już
nie będzie
mówiłeś że taka kolej
rzeczy
układając w znak krzyża
kasztany
na znak pokoju między
niebem a ziemią
niedziela, 31 lipca 2016
1 sierpnia kolejnego roku
Zanosi się na deszcz. Duszno.
Pełnia lata, a od kilku dni już „niepokojące” sygnały,
ptaki ustalają trasy odlotu.
Czynią hałas w chmurach, powodują odrobinę żalu, że już
za chwilę, że znowu jesień. Ale jeszcze nie dzisiaj. Nasłuchuję świerszczy –
cisza.
Czytam K.K.Baczyńskiego:
O mój ty smutku
cichy
O mój ty smutku cichy,
smutku gwiazdek maleńkich,
nazywałem, szukałem,
brałem ciebie do ręki.
Jak to się ciało twarde
tak w piasek albo glinę
zamienia w moich dłoniach,
pragnienie każde - w winę.
Jak to się - kiedy dotknę
kwiat przeobraża w ciemność,
a poszum drzew w głuchotę,
a chmury - w grzmot nade mną.
Jak to ja nieobaczny
mijam, sam sobie błahy,
i rzeźbę zanim zacznę,
marmur wypełniam strachem.
Jak to ja nasłuchuję
błyskawic w niebie trwogi.
Jakże to ja nazywam
każde czynienie - Bogiem?
Otom strzęp oderwany
od drzewa wielkich pogód,
sam swym oczom nie znany,
obcy swojemu Bogu.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.
Rocznica Powstania. Tyle wrzawy wokół tej daty, a ja
uparcie wracam do poezji, do życia tych, którzy odeszli zbyt wcześnie. Patrzę
na nielicznych już Powstańców i jest mi po ludzku smutno, że dane im było dożyć
takiego czasu, że muszą dzielić wielkość swoich historii z ludzką pychą i małością.
Jutro też minie kolejny rok mojej samotności po odejściu
Elwiry. Wiele lat temu napisałam taki tekst:
Z listu do ciebie pewnej nocy, któregoś roku
spójrz,
całe miasto zbudowane z ciszy, a ja nawet nie zauważyłam,
kiedy zboża tak wyrosły, nie pamiętam kiedy ojciec przestał uczyć mnie jazdy na
rowerze.
mówi, że dobrze mi szło - ciekawe czy myśli, że to była
strata czasu i mówi, że tobie też nieźle szło.
moje myśli są drogą do lasu. lepię się palcami do
dzieciństwa, do czerwonego lizaka na dzień dziecka – był ogromny i kosztował
pięć złotych. to dużo, bo to było dawno. dawno temu byłam dzieckiem - dziećmi
jesteśmy zawsze tylko matkami się stajemy....
i spójrz całe miasto zbudowane z samotności,
wieczoru na tarasie, spaceru wzdłuż zapachu ogrodu i
drogi, co między gwiazdami prowadzi wprost na łąkę. samotność dymu z papierosa,
samotność milczących ust.
przykro mi, że ciągle cię nie ma,
czekam kiedy znów, a ktoś powiedział, że już byłaś. no,
przecież każdy jest - nawet jeśli już był, prawda? drzewa spuchły zielenią,
bardziej się nie da. pachną obietnicą, oczekiwaniem na kasztany, na jarzębinę,
na jesień ale jeszcze daleko do jesieni - zaraz zakwitnie jaśmin i dzika róża.
wielkie fantazje zdarzają się tak zwyczajnie...trzej
panowie w cylindrach i starym samochodzie na naszej ulicy - przy dźwiękach
fokstrota budzą szczery zachwyt i radość. dzieci porzuciły rowery, biegły za
autem, odjechało - przecież było z ubiegłego wieku. to nie sen, to było wczoraj
- możesz zapytać a i b i nawet c opowiedziałam o tym.
wiatr trzeba wykorzystać do wysokich lotów, do
rozwinięcia skrzydeł od nieba stąd, do twojego nieba. wiatru najwięcej jest w latawcach. nad
wielkim jeziorem, mała dziewczynka myśli, że jej też zaraz wyrosną u ramion
latawce i poleci tak wysoko, jak jeszcze nikt i nigdy.
czasami wydaje mi się, że ciągle mamy wspólne skrzydła.
wiem – to nieprawda. moje są moje - a
twoje należą do anioła stróża, też mojego - to ważne, żeby był w pobliżu.
___________
Nie trzeba stu lat samotności, żeby tęsknić tak samo
każdego dnia.
Kupię Twoją whisky, zapalę papierosa, posłucham I will always
love you, uśmiechnę się do Ciebie J,
pamiętam, nie znosiłaś mazgajstwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










