czwartek, 15 marca 2018


Mój ruch


Zwykle gram białymi. Nie żebym miała coś przeciwko czarnym, 
ale to najczęściej kończy się źle. Potem składam ci kolejny raport, krok po kroku, 
w pustce szukam pestek słonecznika, w pestkach zaślinionych modlitw, o deszcz, 
córkę z niebieskimi oczami, atrament do pisania bzdur.

Jestem spokojna. Skoro to nie ja wczoraj umarłam, to znaczy,
że koniec świata znowu był pospolitym błędem w rachunku kłamstw
i podłości Najwyższego wobec maluczkich, pełnych wiary i miłości. 
Młody przyszedł do mnie z pytaniem, gdzie postawić kropkę. Po słowie.

Tak zaistniała przepaść w rozumieniu życia. Zatem co radzisz, twarde lądowanie, 
mocne buty, czy tylko ostre pazury, wbite w ckliwe słowa, których nikt nie przeczyta.
Poezja to przeciskanie Boga przez igielne ucho, aparat do wystukiwania ciszy, 
a może respirator wiary, obłąkańców na bezdechu.





niedziela, 25 lutego 2018

z przyjacielem


rozmowa o pędzącym czasie i pociągu
nie tylko do starych fotografii
z których zniknął kolor zostały cienie
pod oczami ostry makijaż
wyglądam jak dziwka z Mahagonny

zewsząd dochodzi śmiech odbija się
ze ścieżek zdartej płyty
przeskakuje na ścianę Pink Floydów
potem odjazd szaloną lokomotywą
zrobić sobie portret u Witkacego

czytałem wiersze starego poety
znowu obudziły lato i deszcz ale czy są dobre
pytasz zakłopotany - nie mam pojęcia
są jak pocztówki pachnące atramentem
miętówkami i nieograniczonym dostępem
do życia w biało-czarnym kolorze





środa, 3 stycznia 2018



Nowy Rok




Skończył się dzień, tu i teraz, bo na Facebooku życie jest przecież wieczne. Zaraz po obiedzie, zjawiło się na parapecie moje światło.
Poczułam lekkość, radość, zmrużyłam oczy i zobaczyłam te nie namalowane zimowe obrazy. Powietrze ciężkie od planów i zapachu farby. Ramy stają się płynne.
Nie wiem już po której stronie toczy się prawdziwe życie.
Zima tego roku zielona ale w powietrzy czuć zapowiedź chłodu.
Szukam trąbki Marsalisa, bo gdzieś we mnie iskrzy kryształowy dźwięk.
To tylko zimne dłonie szukają ciepła twojego oddechu.



sobota, 4 listopada 2017



Niepogoda


Listopad nie przejmuje się chłodem, tylko patrzeć śniegu. Umarłym już postawione świeczki.
Ciężko z nimi pogadać, gdy tłum obok szumi uściskami, pozdrowieniami, zaproszeniami
na gorący bigos, bo przecież, tutaj na cmentarzu, tak bardzo zimno.
Jak co roku, ostrożnie zapalamy w sobie tamten ból, drży niespokojnym płomieniem,
potem gaśnie. Pamięć o nas też się zagoi, szybciej niż się wydaje.
Póki co, pośród wierszy A. Zagajewskiego znajduję kartkę od Piotra Gustawa:
„w Milanie deszcze tak spokojne, że padają nawet, kiedy świeci słońce”. Poezja.
Uśmiecham się do tej wiadomości, a na policzkach czuję deszcz.



środa, 9 sierpnia 2017


Mistrz Zegar Czas


Wieczność trwała bez końca, konsekwentna w swoim niemijaniu, sekunda za sekundą.
M. L. Kossakowska

Jaki jest związek między trzema tytułowymi słowami? Ogromny.
Być może duszne, sierpniowe popołudnie, to nie najlepsza pora, aby się nad tym zastanowić, 
ale z drugiej strony, nigdy nie ma idealnego momentu na zbędne rozważania.

Pewnego dnia stare meble zostają wyniesione z domu.
Nie, nie całkiem na cmentarzysko, gdzieś niedaleko, tak aby kiedy pomarszczą się już dostatecznie, gdy zjawi się w nich pierwszy kornik, kiedy warstwa kurzu zapisze na nich kawał naszego życia – wtedy będziemy mogli ocalić je od zapomnienia, nadać im nowy blask, pokryć olejami, które obudzą je znowu do życia.

Wtedy zjawił się Mistrz.

Kolorowa postać. Człowiek urodzony o sto lat za późno. 
Gdyby mógł żyć w świecie bez elektryczności, przemieszczać się z punktu A do punktu B powozem, na pewno byłby w „swoim świecie”. 
Mistrz zjawiał się przez szereg dni, zaopatrzony w różne kolorowe słoiczki, butelki, mazidła. Prawdziwy alchemik starych biblioteczek pachnących Panem Tadeuszem wydanym w 1956 roku, czy równie starych kredensów, w których na zawsze zamieszkał zapach ciasta, herbaty i nalewki z malin. Wskrzeszanie to żmudna czynność, wymagająca wielkiej cierpliwości i tu pojawiał się pierwszy dysonans. Mistrz nie był cierpliwy. Wręcz przeciwnie. 
Odnosiło się wrażenie, że nieustannie próbuje uciec w przeszłość, ciągle wykonuje ruchy odwrotne do ruchów wskazówek zegarów, a świat wokół odbiera jak gigantyczne nieporozumienie. 
Rozmowy z nim były ciekawe. Wrażliwość na przyrodę, znajomość ciekawych tematów, pozwalała spędzać z nim czas, w taki sposób, iż nie miało się poczucia straconego czasu.

Wtedy pojawił się Zegar.

Stary, ponad stuletni, ciężki, ścienny zegar. Pochodził z kolekcji Mistrza. 
Jego opowieść o tym, jak próbuje regulować 12 mechanizmów różnych zegarów, aby jednocześnie wskazywały tę samą godzinę, miała w sobie coś z groteskowego obłędu. 
Wiele razy, wyobrażałam go sobie w tej sytuacji, kiedy zbliża się pełna godzina i za chwilę …. 
Jak nad tym zapanować, jak dodać czy ująć jeden milimetr na łańcuszku mechanizmu, aby czas płynął równo na wszystkich tarczach. 
Chyba nigdy się to nie udało, z czego jasno wynika, że czas jak kot – chodzi swoimi drogami. 
Jak powinno się obchodzić z zegarem Mistrz wypisał równym, starannym pismem na kartce w kratkę. Niepisaną regułą było to, że „taki” mechanizm powinien być nakręcany męską ręką. 
Akurat tej reguły nigdy nie przestrzegaliśmy. 
Zegar zawsze nakręcała mama, wspinając się na taborety, stołeczki i inne piramidy, które stały się dla niej niedostępne ledwo kilka lat temu. 
Nasz Zegar żyje pomiędzy nami, odmierza równym tykaniem każde zdarzenie. 
Półniemy świadek, spogląda na nas ze ściany, każdego ranka mówi dzień dobry, dobrej nocy życzy każdemu. Spokojny, miarowy odlicza wieczność bez końca, jakby nie zauważał nawet tego, że wciąż nas ubywa.

Wtedy poczułam Czas.

Zaćmienie słońca z 1999 roku było jak kosmiczna podróż. 
Lekkie podekscytowanie, rozmyślanie o tym, jak to będzie wyglądać. Wyobraźnia wędruje daleko, bardzo daleko i nagle świat naprawdę staje się inny. 
Czuję się postacią ze starej filmowej kliszy. Wszystko ma odcień sepii, jedynie słodki smak, zrywanych na tarasie winogron, podpowiada, że wciąż „tu” jestem. Wokół wielka cisza, tak wielka, że zwraca na siebie uwagę. 
Kurz na ulicy wiruje w zwolnionym tempie – zanim opadnie, wrócimy do siebie, zanim opadnie poznamy niejedną galaktykę, nie widząc jej wcale, dotrzemy do myśli o tej chwili, „kiedy nas już nie będzie” i….. nagle kurtyna opada.
Chodźcie na obiad – głos mamy - ocalenie, najcudowniejsza ratunkowa lina, po której można wrócić do rzeczywistości. Kiście winogron znowu są zielone, płatki nagietki smakują gorzko i pomarańczowo, tak samo jak tamten, prawie już zapomniany, sen o Bożym Narodzeniu w upalny dzień.
Wszystko dzieje się nieustannie, nieustannie przemijamy, mechanizmy naszych zegarów tykają aż do końca. Spotykamy się, zapominamy się, jesteśmy, odchodzimy, dotykamy i nie dotykamy Zegara.


Dobra – niech będzie, za oknem znowu ponad 30, i możliwe, że trochę przegrzałam procesor :)